Dzieciństwo

Autor: Graszka, Data publikacji: 2011-06-21 17:07:40

Zazdroszczę ludziom, którzy pamiętają swoje dzieciństwo. Ja nie pamiętam. Czy to oznacza, że młode lata upłynęły mi beztrosko i sielankowo? Pamięta się raczej to co złe, bolesne, przykre niż to co dobre, więc moja niemożność zajrzenia w przeszłość wynika z zawodnej pamięci.

Moja siostra jest osobą skrytą, małomówną. Przypomina w tym ojca. Matka Polka. Jakiś czas temu, podczas spotkania rodzinnego, bratowa Jadwiga spytała ją o wspomnienia z dzieciństwa. Aby jakoś wybrnąć z sytuacji, absolutnie nikogo nie urazić, zażartowała, że byłam skarżypytą. Fakt. Jej stałym obowiązkiem było pilnowanie mnie. Wiele raz prosiła abym nie mówiła Mamie o tym, czy o tamtym. Obiecywałam ale nigdy nie dotrzymałam słowa. Podobno, już od progu zdawałam relację. Na całe szczęście, wyrosłam z tego, tak jak wyrasta się z dziecięcych ubrań.

Każde lato spędzaliśmy u rodziców mojej mamy. Wieczornym pociągiem do Łodzi Kaliskiej telepaliśmy się na wieś. Wtedy większość podróżowała pociągami. Mało kogo było stać na własne auto. Bagaże i mniejsze dzieci wrzucało się przez okna, zażarcie walczono o miejsca w przedziałach. Pechowcy, ściśnięci jak sardynki okupowali korytarze, a nie rzadko i
ubikacje. Kiedy byliśmy starsi, mój brat jechał do Gdyni, zajmował cały przedział ,a my dosiadaliśmy się w Gdańsku.

W środku nocy mama z trójką zaspanych maluchów wysiadała na pustym o tej porze peronie w Sierpcu. Letnia noc pachniała sianem, dźwięczała świerszczami. Na wschodzie widać już było zapowiedź dnia. Przechodziliśmy przez pusty budynek dworca, a tam czekał na nas dziadek Czesław, który wiózł nas do Borkowa wozem zaprzęgniętym w konia. Nie spałam. To dopiero była podróż.

Dom dziadków stał na końcu wsi, pod lasem. Drewniany, pobielony wapnem, pokryty złotą strzechą. Okna wychodziły na niewielki ogród w którym rosły malwy. Prosto z podwórza wchodziło się do kuchni, w której stał kredens, stół i piec etażowy. Żeby  napić się rano herbaty, najpierw trzeba było rozpalić. Latem paliło się drzewem z lasu, przeważnie brzozą. Z kuchni wchodziło się do pokoju. Na jego środku stał okrągły, drewniany stół, przykryty białym obrusem zrobionym z kordonku. Pod ścianą stało duże łóżko na które babcia składała wszystkie pierzyny i poduszki. Okrywała to na dzień przykryciem. Nigdy się do tego nie przyznałam ale uwielbiałam wskakiwać na ten kopiec i mościć się w powstałym pod moim ciężarem lejem.

Na środku podwórka stała ogromna drewniana stodoła, nieopodal której stał wychodek. W jego drzwiach było wycięte serduszko. Niesamowitą atrakcją była studia. Obok niej, na płycie betonowej, stało metalowe wiadro, przymocowane łańcuchem do korby. Mieliśmy zakaz zbliżania się, lecz niesforni, nigdy tego zakazu nie przestrzegaliśmy. Babcia wpadała w panikę, aż w końcu zamykano otwór studni. Dom moich dziadków już nie istnieje - spalił się.

To była typowa polska wieś. Z drogą polną, jednym sklepem na początku wsi i okazałym domem sołtysa. Sklep otwierano wtedy kiedy przychodzili ludzie. Chleb był jak koło młyńskie i niesamowicie pachniał. Nie raz przykładałam grubą pajdę do nosa i wąchałam ten zapach wsi. O piętkę toczono boje. Posmarowana grubo masłem i przyprószona cukrem smakowała niczym ambrozja.

Byłam oczkiem w głowie babci Wiktorii. Pamiętam ją jako dobrotliwą kobietę o spracowanych dłoniach. Pochylona nad tarką, w fartuszku w małe niebieskie kwiatki, tarła ziemniaki na ulubione placki ziemniaczane.

Dziadek był zwolennikiem Piłsudskiego. Zamęczał dzieciarnię opowieściami o wojnie, tylko, że my wtedy nie chcieliśmy go słuchać.

Zagrodę dalej mieszkała siostra mamy Zofia. Miała sześcioro dzieci.Dla nas wtedy, ważniejsze było to co na podwórku, kaczki, kury i cały ten wiejski inwentarz. Pamiętam jak podglądałam babcie jak doi krowy. Wieczorem wchodziła do obory, siadała na małym krzesełku, ciągnęła krowę za cycki  (bo tak to kiedyś rozumowałam), a mleko wpadało do wiadra. Mleko nie z butelki, ciepłe z pianą, która tworzyła podczas dojenia.

Na tej wsi, po raz pierwszy się zakochałam, a mój brat poznał miłość swojego życia. Teraz najbardziej brakuje mi  opowieści dziadka, zapachu wsi  i placków mojej babci. Czas beztroski bezpowrotnie minął, kiedy poszłam do szkoły podstawowej nr 16.