Ostrzejsze granie na Oruni

Autor: p.olejarczyk, Data publikacji: 2010-06-26 15:54:00

Cięższe brzmienie, szydercze, ale i z przekazem teksty, garażowe granie na Oruni, próby w Domu Sąsiedzkim przy ulicy Gościnnej – przedstawiamy pozytywnie zakręconych członków grupy Blind Crows.

O żulikach-garażowcach, muzyce „z jajem”, braku pieniędzy i sponsorów, wielkiej traumie za 15 złotych, Oruńskim Przeglądzie Muzyki Rockowej i kilku innych sprawach opowiadają muzycy z zespołu Blind Crows.


No to zaczniemy tradycyjnie: od nazwy. Skąd „ślepe kruki” (ang. blind crows)?
Bartek Chalimoniuk (Zim Zum), gra na basie: jeden z naszych kolegów ma fajne nazwisko – Ślepowroński. Z tego jakoś tak wyszły nam ślepe kruki. A później jeszcze przetłumaczyliśmy całość na angielski. I mamy Blind Crows.
Początki zespołu to garażowe granie na Oruni?
Marcin Kowalewski (Kleryk), gra na gitarze: 20 czerwca zeszłego roku w garażu Bartka na Oruni...
BCH: na ulicy Piaskowej...
MK: Zagraliśmy tam naszą pierwszą próbę. Na początek tylko w dwuosobowym składzie: ja i Bartek. Poznaliśmy się nieco wcześniej na jakieś imprezie. I wtedy się zgadaliśmy, że fajnie byłoby założyć jakiś wspólny projekt. A później Bartek zaprosił mnie na Walentynki...
BCH: K...jak to brzmi (śmiech). Zaznaczam, że były tam też dziewczyny.
MK: To była kolejna impreza, tam poznaliśmy się już wszyscy. Zespół zaczynał się tworzyć.
Sąsiedzi nie mieli dosyć hałasu?
BCh: Wręcz przeciwnie. Byli zadowoleni. Otwierali okna i nas słuchali.
MK: Mieliśmy wtedy jakieś trzy, cztery swoje kawałki, które ćwiczyliśmy non stop. Takie grungowe granie, miejscami wchodzące nawet lekko w reggae. Tam też dorobiliśmy się naszych pierwszych fanów. Przychodziły do nas głównie okoliczne żuliki. Cieszyli się, że coś się dzieje w okolicy.
Ale musieliście wyprowadzić się z Oruni. Co się stało?
Marcin Szymczak (Kitek), wokalista: Bartek zapomniał zapłacić za prąd. Tak jakoś wypadło mu to z głowy. A ponowne podłączenie kosztowało sporo kasy. Nie mieliśmy takich pieniędzy. Przenieśliśmy się więc do mojej piwnicy, na ulice Elbląską.
Po kilku miesiącach wróciliście jednak na "stare śmieci"...
MSz: U mnie świrował sąsiad – skrzypek. Zamiast przyjść i pogadać z nami, że jest za głośno, to od razu dzwonił na policję. Nie dało się z nim wytrzymać.
Piotr Paluszek (Paluch), gra na perkusji: No w sumie ja jestem głównym winowajcą. Perkusji nie da się za bardzo wyciszyć.
BCh: Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przez to znów jesteśmy na Oruni. Mamy teraz próby w Domu Sąsiedzkim „Gościnna Przystań”.
MSz: Fajne miejsce. Trochę pogłos wprawdzie jest, ale da się przeżyć.
Wspominaliście już o grungowym graniu. Cały czas tworzycie „cięższą” muzykę?
MK: Chcemy, aby nasza muzyka była z jajem. A nie tak jak gra wiele młodych zespołów – na jedno kopyto. Bo wokalista czuje się dobrze w jednej tonacji, to tworzy się ciągle taką samą muzykę. To nie nasz klimat.
PP: Na koncertach mamy często do czynienia z punkowymi zespołami. I trochę mamy ich już dosyć...
Bo grają utwory w stylu „trzy akordy, darcie mordy”?
PP: Coś w tym stylu. Ile można grać ciągle tak samo?
B.Ch: Staramy się mieszać różne style: rock, blues, nawet reggae.
PP: Choć ostatnio wchodzimy w trochę cięższe granie. Nie obce są nam klimaty Led Zeppelin czy TSA.
A teksty? O czym śpiewacie?
PP: W sumie zależy kto pisze: my z Marcinem (Szymczakiem – przyp. red.) tworzymy teksty bardziej ambitne. Bartek jest specjalistą od lekkich tekstów.
MSz.: Ale całkiem śmiesznych. Z jednej strony mamy więc szyderę ala Elektryczne Gitary czy Big Cyc, z drugiej bardziej poważny przekaz. Tak jak w kawałku „Kłamca”, który powstał pod wpływem mojego byłego szefa (śmiech). On mnie zainspirował, ale pisząc ten tekst starałem się spojrzeć na problem kłamstwa szerzej, także przez swój pryzmat.
BCh.: Albo utwór „Nie uciekaj z tego miasta” – poruszamy w nim wiele negatywnych spraw, które nas otaczają. Śpiewamy o kiepskiej policji, kiepskiej służbie zdrowia, ale przekaz jest jednak taki, aby tutaj zostać, nie uciekać właśnie.
PP: Zresztą i tak niedługo na wokalu czekają nas wielkie zmiany. Zwolnimy Marcina, ja zacznę śpiewać. Czeka mnie kariera Philla Collinsa, a nasz zespół pójdzie drogą kariery popowej (śmiech).
MSz: No na festynie w Kolbudach gra dzisiaj Doda. Mógłbyś z nią zaśpiewać.
PP: Nie no, Doda za niski dla nas poziom. Ale z Nergalem, spoko (śmiech).
Gracie już ponad rok. Ile daliście już koncertów?
BCh: Kilkanaście.
Płyty jeszcze nie ma?
MK: Nie. Mamy już 16 swoich utworów, ale gdybyśmy chcieli wydać płytę, to trzeba ją nagrać w profesjonalnym studiu nagrań.
BCh: A to oczywiście kosztuje sporo kasy.
MSz: Znalezienie sponsora to trudna sprawa.
MK:  Dla sponsorów nawet młody zespół musi już coś pokazać. Nie mówiąc o telewizji – tam zawsze chcą już płytę, albo dwie.
BCh: Podobnie jak wielkie festiwale typu Heineken Opener. Staraliśmy się w tym roku tam zagrać. Ale bez znajomości, nie było na to szans.
MK: Do Kuby Wojewódzkiego również nam się nie udało dostać. On także chciał od nas więcej profesjonalnego materiału. Tylko za co to nagrać?
PP: Jedno wielkie pasmo porażek (śmiech).
Własny zespół muzyczny to drogi sport?
MK: Ja jestem najmłodszy z zespołu. Jeszcze studiuję. Więc dla mnie nawet zakup strun, które kosztują po kilkadziesiąt złotych, to już spory wydatek. A struny drą się często, niczym guma do majtek. Raz na trzy tygodnie trzeba je zmieniać. Struny oczywiście (śmiech).
PP: Wielka zasługa Bartka w tym, że rozwożąc piwo, ma tyle znajomości w pubach i klubach. Przez to też możemy częściej grać w lokalach. A wiadomo, liczba dobrych koncertów pozytywnie wpływa na ilość publiki.
BCh: Musi być o nas częściej słychać. Sami nasi znajomi na koncertach nie wystarczą (śmiech).
PP: Przede wszystkim jest jednak muzyka. Nią musimy trafiać do ludzi.
Wierzycie, że muzyka, którą gracie może trafić do szerszej publiczności?
PP: Spójrz na zespół Marillion. W latach 80-tych grali progressive rock, w telewizji też nikt tego nie puszczał. Ale na ich koncerty przychodziły tłumy ludzi. Wreszcie zainteresowały się nimi wytwórnie płytowe. Wspierali ich także sami fani. Ktoś np. wygrał na loterii w Stanach 500 dolarów, połowę przysłał im z dopiskiem w stylu „Macie, a teraz nagrajcie kolejną płytę!”. Super sprawa.
Rockowe zespoły kojarzą się wielu osobom z pikantnymi historiami. Macie już co opowiadać?
PP: Ja jeszcze podczas koncertu majtkami nie dostałem. Może dlatego, że jestem schowany z tyłu.
MSz: Ja tylko standardowo zapominam tekstu. Patrzę na kumpli z zespołu i czekam, aż mi przypomną przynajmniej pierwsze słowo (śmiech).
BCh: A my wtedy gubimy wątek...
MK: I powstaje całkiem nowy kawałek (śmiech).
BCh: Przypomniało mi się, że fajną historię do opowiedzenia ma Marcin...
Pikantną?
MK: Traumatyczną. Ja czasami dorabiam sobie jako grajek na Monciaku albo "koncertuję" w różnych miejscach w Gdańsku. Produkuję się niedawno w tunelu przy Dworcu Głównym. Obok mnie babcie z kwiatami, pełna sielanka. I nagle podchodzi do mnie typek. Tak na oko koło 40-tki.
PP: Musiał go dopaść kryzys wieku średniego...
MK: I gość mówi do mnie: słuchaj, fajnie grasz, ale chodź ze mną na bok, do kibelka. Dam ci 15 złotych. Ja cię szturchać nie będę, ale ty coś zrobisz dla mnie” (śmiech). Dałem mu do zrozumienia, że ma ...pójść sobie.
Aż się chce powiedzieć: „muzyka łączy ludzi”...
MK: (śmiech). Trauma.
BCh: Do mnie z kolei podszedł kiedyś gość po koncercie i mówi, że on nam pomoże finansowo. Ale postawił jeden warunek – przechodzimy na country (śmiech).
Wróćmy jeszcze na chwilę na Orunię. Tutaj zaczęliście Wasze próby, teraz znów gracie na tej dzielnicy. Orunia to dla was wyjątkowe miejsce czy dzielnica jak każda inna w Gdańsku?
BCh: Mieszkam tu od 4 lat. I bardzo sobie chwalę to miejsce. Podoba mi się szczególnie wspaniały park, gdzie można pogadać ze znajomymi i wypić...colę.
PP: Ja chcę już niedługo się tutaj przeprowadzić. Mieszkania nie są drogie, okolica urokliwa. Dzielnica ma niestety ciągle złą reputację. Ale teraz jest tutaj dużo spokojniej. Kiedyś mój znajomy potrafił przebiec Orunię w ciągu 5 minut...ze strachu (śmiech). A ja sobie teraz chodzę spokojnie po Oruni, mimo iż moje długie włosy nie każdemu mogą się podobać. Nie czuję się jakoś szczególnie zagrożony. Świrów możesz spotkać wszędzie.
MSz: Ja mogę dodać, że po oruńskich próbach zawsze zamawialiśmy sobie pizze z Leone...
Rozumiem, że to było mrugnięcie okiem do potencjalnego sponsora?
PP: O właśnie. Panie prezesie, łu bu du bu, niech nam żyje...(śmiech).
Macie w planie zagrać jakiś koncert na Oruni?
MSz: Chodzi nam po głowie pomysł zagrania koncertu w Parku Oruńskim.
BCh: Przydałoby się dobre nagłośnienie, sponsorzy, którzy zajęliby się sceną. Może jakąś budkę z piwkiem otworzyć.
MK: Można z tego zrobić większą imprezę. Coś w stylu: Oruński Przegląd Muzyki Rockowej.
PP: Nawet jak za rok będziemy już wielkimi gwiazdami, to nie zapomnimy o Oruni (śmiech). Zagramy tam koncert na pewno.
Ostatnie pytanie, kiedy i gdzie następny koncert Blind Crows?
BCh: Już w najbliższą sobotę, 3 lipca w Trollu (Oliwa). Start o godzinie 19:00.
PP: Możemy się pochwalić, że w gramy w czasie Heinekena...A to, że nie w Gdyni, można pominąć (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.