Publikujemy drugą część wywiadu z Mariką Wohlert, dróżniczką kolejową, która pracuje przy ulicy Sandomierskiej.
Pierwszą część naszej rozmowy znaleźć można TUTAJ.
***
Piotr Olejarczyk, MojaOrunia: Trudna jest praca dróżniczki?
Marika Wohlert, dróżniczka z Sandomierskiej: Nie jest to łatwa praca. 12 godzin człowiek jest przytwierdzony do siedzenia. Pociągów jest bardzo dużo.
Ile pociągów przejeżdża przez przejazd na Sandomierskiej?
Średnio około 180 pociągów na 12 godzin. Jeszcze do tego nocka, też ponad 100 połączeń. Łącznie więc przez mój posterunek przejeżdża dziennie około 300 pociągów. Do tego wliczam już manewry.
Manewry?
Tak. Jak podaje instrukcja IR 1: manewry to wszelkie zamierzone ruchy pojazdów kolejowych oraz związane z nimi czynności na torach (...) W praktyce i mówiąc inaczej jest to przejazd pociągu poza rozkładem jazdy, m.in. kiedy pociąg przestawia się na inny tor. Przykładowo, przyjeżdża do nas pociąg od strony Olszynki, z portu i chce jechać w kierunku Pruszcza Gdańskiego. Wtedy musi odczepić lokomotywę, objechać te wagony, z którymi przyjechał i zabrać je z drugiej strony. Tak by lokomotywa i wagony już jako jeden skład mogły wyjechać od nas w kierunku Pruszcza Gdańskiego. To są dla nas manewry.
Na Oruni często ludzie skarżą się, że szlabany są tak długo zamknięte. Jak to wygląda z Pani strony?
Działamy według instrukcji i regulaminów. A tych mamy dużo i tam jest ten złoty grall dla zrozumienia powodów zamknięcia przejazdu. Instrukcja dla dróżnika mówi wyraźnie, że co najmniej na trzy minuty przed przyjazdem dyżurny ruchu zgłasza nam o odjeździe pociągu, a my sami co najmniej na dwie minuty przed musimy być już zamknięci.
To wytłumaczmy to na konkretnym przykładzie. Co się dzieje, gdy pociąg jedzie od centrum Gdańska w stronę przejazdu na Sandomierskiej?
Na podstawie rozkładu jazdy wiem, kiedy mniej więcej pociąg będzie jechał. Dostajemy sygnał od dyżurnego ruchu, że pociąg się zbliża. W zależności od tego, skąd jedzie pociąg, dzwoni do nas dyżurny ruchu albo z Gdańska Południe, albo z Pruszcza Gdańskiego. Po telefonie od dyżurnego muszę to zapisać w dzienniku dróżnika przejazdowego bądź w przypadku Gdańska Południowego najpierw zamknąć przejazd, potem dokonać zapisu.
Jak wygląda ta informacja od dyżurnego?
Podaje nam numer pociągu. My na podstawie informacji od niego i urządzeń już wiemy, że taki pociąg się do nas zbliża. Wiemy po numerze, czy jest to pociąg pośpieszny, czy regionalny. Mamy też pogląd, czy on na przykład zatrzymuje się na Lipcach. To ważne. Czas na reakcję w przypadku pociągów pospiesznych jest inny niż w przypadku połączeń regionalnych, które jeżdżą wolniej i zatrzymują się przy peronie.
Dostaje Pani telefon od dyżurnego i jak szybko trzeba zamknąć przejazd?
Dostaję od dyżurnego ruchu sygnał na co najmniej trzy minuty przed tym, zanim ten pociąg dotrze do mojego posterunku na Sandomierskiej. Wtedy musimy co najmniej dwie minuty przed przyjazdem pociągu na Sandomierską zamknąć szlabany.
Dlaczego akurat dwie minuty?
Byśmy mieli czas zamknąć szlabany. Gdy pociąg jedzie z Pruszcza Gdańskiego to semafor wyjazdowy jest gdzieś w okolicach Św. Wojciecha. Dojazd do nas zajmuje wtedy około dwóch minut. W momencie, gdy my dostajemy sygnał, że z Pruszcza wyjeżdża Pendolino, to nie ma już czasu.
Staramy się od razu zamykać. Wiemy, że później mogą być problemy, by zamknąć przejazd. Bo ktoś lub coś nam wejdzie albo wjedzie. Musi być więc ten czas na reakcję. Obserwujemy, czy możemy zamknąć się w danym momencie. Czasami zamykamy się wcześniej.
Dlaczego?
Jeśli widzimy, że jest natłok samochodów, to lepiej zamknąć się wcześniej, by nie było z naszej strony żadnego opóźnienia i żadnej niebezpiecznej sytuacji.
Około 300 pociągów dziennie. Duży ruch, więc czasami te szlabany muszą być długo zamknięte. Zdarza się, że są opuszczone 20, 30 minut?
Tak.
Co się dzieje, jak pociąg przejedzie już przez przejazd? Ile czasu musi Pani odczekać, zanim otworzy szlabany?
Mogę otworzyć, jeśli mi czujniki na to pozwolą. Musimy upewnić się, że pociąg w całości opuścił przejazd, dlatego to czasem trwa.
Jakie czujniki?
Czujniki o znajdującym się w torach pociągu są zamontowane kawałek dalej, przed tunelem na ul. Rejtana lub na wysokości PPMT.
Jak czujniki pokażą, że pociąg już tam przejechał, to może Pani otworzyć szlaban?
To już mogę. Następuje tak zwane zwolnienie uzależnienia i możemy się otworzyć. Czasem pociąg jest w obrębie oddziaływania czujników. Trwają na przykład manewry bądź prace naprawcze, wtedy też przejazd musi zostać zamknięty, choć nie przejeżdża po nim pociąg.
To dzieje się automatycznie?
Komputer wyświetla, że odcinki zostały zwolnione i mogę się otworzyć. Czasami widząc, że za chwilę będzie jechał następny pociąg, nie otwieramy przejazdu. Może i to podłe, ale niestety konieczne. Bo u nas dzięki semaforom odstępowym jest tak, że jeden pociąg może jechać za drugim.
I żeby zachować dwie minuty, nie możemy się otworzyć, bo znowu zabraknie czasu dla następnego pociągu. Bo pociąg jest na przykład na Lipcach i się zbliża do nas. A za nim już wyjechał kolejny z Pruszcza Gdańskiego. W godzinach szczytu wszystko stoi w korkach. Kolej czasem też.
Ile w ciągu godziny dostaje Pani takich telefonów od dyżurnych?
Czasem nawet kilkanaście. Na każdy jeden pociąg, jeden telefon.
Podoba się Pani ta praca?
Już się przyzwyczaiłam. Przychodzę, robię swoje. Wiesz, najlepszy aspekt tej pracy to jest stabilizacja. Kolej to dobre miejsce zatrudnienia. Podoba mi się też, że nie ma rutyny.
Nie ma?
No właśnie nie ma. Wydawać się może, że to jest rutyna. Zamknąć i otworzyć przejazd. Ale nie, tutaj codziennie się coś dzieje. W każdej chwili trzeba mieć oczy dookoła głowy. Trzeba obserwować przejazd, pociągi.
Na co trzeba patrzeć?
Obserwacja polega na tym, czy pociąg jest prawidłowo osygnalizowany, czy wszystkie drzwi są pozamykane. W przypadku pociągów towarowych dodatkowo dochodzi, czy nie ma przecieku, czy jakaś klapa nie jest otwarta. I oczywiście obserwujemy przejazd kolejowy, czy nikt nie wchodzi na niego w momencie, gdy nie powinien tego robić. To w dużym uproszczeniu, bo tego jest znacznie więcej.
Dróżnik jest sam na posterunku. Co w sytuacji, gdy musi iść do toalety?
Zaczyna robić się kłopot. Na czas pójścia do łazienki musimy oczywiście zamknąć szlaban. To jest absolutna podstawa. Tutaj jest naprawdę mało czasu. Jemy przy biurku, kawę robimy jak jest luka między pociągami. Do łazienki się biega nie wtedy, gdy się chce, a wtedy kiedy się może. Ale nie nosimy pampersów, jak to było kiedyś w marketach. Nauczyliśmy się tak żyć i pracować. Nie narzekamy. Na nocce jest trochę lżej, ale za to spać się chce, a nie można.
Ciężka robota.
Kiedyś mi jedna pani w sklepie powiedziała, że źle wyglądam, że chyba jestem chora. Ja mówię, że nie, że po prostu jestem zmęczona, bo jestem po nocce. Ona się pyta, a co pani robi? Odpowiadam, że jestem dróżniczką. "Wy nie macie żadnej pracy. Wy tam siedzicie przy komputerze i nic nie robicie" — usłyszałam. Strasznie to przykre usłyszeć coś takiego po 12-godzinnej nocce.
Smutne. Na koniec jeszcze musze zapytać o karetki na szlabanach. Na Oruni od lat ludzie walczą o bezkolizyjny przejazd i do miasta wysyłali filmy właśnie z takimi widokami. Często się zdarza, że karetki stoją na zamkniętych szlabanach na Sandomierskiej?
Dość często. Karetka, straż pożarna, policja. Stoją na sygnale i niestety muszą czekać. Robimy, co możemy, by jakoś pomóc. Czasem jedzie pociąg z Gdańska, ale już słyszymy, że dojeżdża do nas karetka na sygnale. Zgłaszamy wtedy to do dyżurnego ruchu i mówimy, że otworzymy się zaraz po przejeździe pociągu. To ważne w sytuacji, gdy już następny pociąg wyjechał z Gdańska. Prosimy wtedy, by chociaż na 30 sekund wstrzymać tamten drugi pociąg. Byśmy mogli szybko przepuścić karetkę na sygnale, a po niej znów zamknąć szlaban. Takie decyzje muszą być szybko podejmowane. Wiesz, to trochę jak zabawa w Pana Boga. Opóźniamy pociąg czy ratujemy ludzkie życie? Ktoś mówi, głupi dróżnik, bo nic tylko rogatki zamyka. To sobie przyjdź i posiedź u nas. 12 godzin w hałasie, napięciu. Telefon non stop dzwoni. I jeszcze ta odpowiedzialność.























